Na początku była giełda. Ceny akcji pięły się w górę jak szalone, w telewizji trąbili o "hosscie" a fundusze rosły jak grzyby po deszczu. Doszło do tego, że zwykli, szarzy ludzie przenieśli wszystkie swoje oszczędności do funduszy akcyjnych; brali nawet kredyty, wyczuwając świetny biznes. Biznes owszem, był świetny, ale dla banków i doświadczonych "inwestorów", którzy odpowiednio szybko się wycofali, powodując zresztą początek "kuli śnieżnej" - masowej wyprzedaży akcji.
Wtedy "duzi" przerzucili się na ropę i inne surowce. W momencie, gdy ceny osiągały szczyty, zaczęły pojawiać się reklamy funduszy surowcowych. I znów "spekulacyjna bańka" pękła a ceny poleciały. Jestem pewien, że "duzi" zdążyli się w odpowiednim momencie wycofać.
W tej chwili mamy lekkie uspokojenie. Ceny akcji (przynajmniej w Polsce) są bliskie ich wartości księgowej. Czas kupować. Jednocześnie "zabawa" na surowcach już się skończyła. Czy kapitał wróci na giełdy? Czy znajdzie sobie inne miejsce? Ciekawie wygląda rynek walutowy (osłabianie walut lokalnych wobec euro i dolara), ale jest chyba za słabo medialny, by wyciągnąć z niego "co nieco".